Pomyślałem, że czas rozluźnić trochę konwencję "Moim zdaniem" i wykorzystać to miejsce w charakterze bloga... którego na swojej stronie domowej dawno już zaniedbałem i czas w końcu się go pozbyć. Ale nie o tym miało być, a o pierwszych wrażeniach po instalacji XenServera.
Ostatnio w ramach sportu, rozrywki albo niezdrowej ciekawości eksperymentuję z różnymi hypervisorami. Testowałem Hyper-V, produkcyjnie wdrożyłem ESXa, czas przyjrzeć się jeszcze w praktyce Xenowi - pomyślałem. Mam nadzieję, że przy odrobinie dobrych wiatrów wyjdzie z tego małe porównanie - np. wydajności identycznych maszyn wirtualnych na identycznym sprzęcie pracujących w oparciu o różne hypervisory. To jednak później, natomiast teraz - miało być o XenServerze.
Co z nim? No więc, po instalacji - która trwa zdecydowanie dłużej niż ESX (widać że pod spodem, podobnie jak w przypadku Hyper-V, mamy okrojony, ale jednak system... który trzeba łatać, pilnować, brrr) - naturalnym kolejnym krokiem jest sięgnięcie po narzędzia do zarządzania, XenCenter. Pierwszym odruchem było odwiedzenie adresu http://mojnowyxenserwer. Lipa - nic nie odpowiedziało. Druga próba połączenia się po https dała rezultat jak poniżej:

Bummer ;( Szkoda, muszę przyznać że tego typu niedoróbki od razu uprzedzają mnie do produktu - czymkolwiek by nie był. Dla porównania, po czystej instalacji ESXi i wykonaniu podobnej operacji dostaniemy:

Mała rzecz, a cieszy - prosta witryna, za pośrednictwem której pobrać można VMware Infrastructure Clienta, a nawet dostać się za pośrednictwem webowego interfejsu do magazynu danych. Duży minus dla XenServera, może poprawią to w wersji 5.1... Plus natomiast za to, że wspiera wirtualizację do 8 rdzeni per maszyna wirtualna - kolejny krok to sprawdzenie, jak bardzo wydajnie...