W ramach codziennej lektury blogów trafiłem na post Michała Osmendy, który natchnął mnie do rozważań nad granicą między aktualizacjami sensownymi, wymuszonymi i... absurdalnymi.
Michał - dla porządku dodajmy, pracownik irlandzkiego oddziału Microsoft - opisuje swoje doświadczenia z kopiowaniem plików poprzez sieć. Prosty scenariusz - dwie serwerownie i dwa serwery brzegowe pracujące pod kontrolą Windows Server 2003 Enterprise Edition, które trzy razy dziennie przenoszą po łączu WAN ważącą lekko ponad 400 MB paczkę ZIP. Jedna taka operacja trwa niecałe 25 minut. Michał odkrył, że gdyby wykonać ją przy pomocy dwóch Windows Server 2008 trwałaby niecałe 5 minut. Ucieszony popędził tworzyć business case dla nowego projektu aktualizacji naszych systemów brzegowych na platformę Windows Server 2008.
Myślę sobie - kurcze, wiadomo że w Irlandii patrzy się na pewne sprawy inaczej, ale wróćmy na ziemię...
Po pierwsze, o tego typu rewelacjach pisałem już w 2007 roku w felietonie Windows Server - cud, czy bubel? - chodzi o to, że implementacja SMB w Windows Server 2003 jest tak fatalna, że kilka jej poprawek w Windows Server 2008 faktycznie poskutkowało niezłym kopem przy kopiowaniu plików między udziałami sieciowymi. Nie upatrywałbym jednak w tym, co w końcu zaczęło działać zgodnie z normą, wielkiego triumfu Windows Server 2008, a raczej żenującego niedopracowania wersji 2003. Niedopracowania, które powinno być potraktowane jako błąd i bez łaski naprawione, a nie sprzedawane jako feature nowej wersji za ciężkie pieniądze.
Wskazywanie więc tej funkcjonalności Windows Server 2008 jako głównego argumentu za migracją w takim scenariuszu jest więc albo absurdalne, albo - jeśli robi to pracownik Microsoft - pachnące inaczej. Dwie paczki z Windows Server 2008 Enterprise to ponad 20 tys. (taniej przy aktualizacji, ale też nie za darmo), do tego należy doliczyć małe co nieco za upgrade sprzętu (bo serwery sprzed "dobrych kilku lat" poradzą sobie z Windows Server 2008 podobnie, jak równie stara stacja robocza z Vistą - czyli kiepsko). Łącznie więc spore wydatki, sporo planowania i niemało pracy - wszystko po to, by szybciej przesyłać między tymi serwerami trzy pliki ZIP dziennie. Moja propozycja dla Michała - przesyłać te pliki w oparciu o protokół FTP. Efekt będzie taki samo rewelacyjny jak migracja, tylko że wdrożenie potrwa 30 minut i będzie kosztować promil kosztów proponowanej aktualizacji całej platformy. To dopiero business case...
Reasumując - przychodzi do głowy anegdota o NASA, które miało rzekomo wydać miliony na opracowanie długopisów pracujących przy przeciążeniach i w 0G, podczas gdy Rosjanie rozwiązali problem przy pomocy zwykłych ołówków. Ja też wolę ołówki. Szczególnie wtedy, kiedy producent długopisów próbuje wcisnąć mi nowy model reklamując, że ten... pisze na niebiesko.